Czytelnicy są wyraźnie zmęczeni bezproduktywnymi wywodami na temat kierunków lub celów perspektyw gospodarczych. Pozbawieni za sprawą braku kompetencji polityków oraz oportunizmu elit klarownych wizji gospodarczych, wyraźnie tracimy wiarę dla poważnych debat o gospodarce. Nawet mnogość wszelakich kongresów, konferencji czy debat bardziej interesuje ich organizatorów niż prelegentów, nie mówiąc już o słuchaczach. Dewaluacja programów gospodarczych kolejnych partii coraz bardziej skutkuje biernością potencjalnych wyborców, dla których kolejne programy są wizjami absolutnie obojętnymi, nierealnymi, a ich autorzy za sprawą braku odpowiedzialności za swoje słowa stają się zgromadzeniem ludzi totalnie niewiarygodnych. Słowem, zanika kolejna grupa autorytetów, tym bardziej, że o ile w debatach publicznych słychać jeszcze spory w kwestiach światopoglądowych czy prawnych, to o gospodarkę już się nikt nie spiera, bowiem albo wiedzy brak, albo skuteczności - czyli atrybutów autorytetów.
Tęsknię do autorytetów. Tęsknię do postaci posągowych. Tęsknię do przykładów niekwestionowanej kompetencji. Tęsknię za szacunkiem dla ludzkiego dorobku i uznania ich wyjątkowości.
W tej atmosferze obojętności dla dorobku i zasług odtwarzam sytuacje, które stały się w ciągu ostatnich tygodni przykładami wręcz manifestacji szacunku dla osób. Oba przypadki są zagraniczne. Zdarza się również mi spotkać uśmiech, czy życzliwe słowo ze strony przechodnia, czy zupełnie nieznajomej osoby, ale te przypadki które przywołam utkwiły mi jako wyjątkowe. Siedzimy z żoną na deptaku pięknego włoskiego miasta Triest. Słońce, kawa, zieleń budowały stan spokojnej błogości. W pewnej chwili ludzie siedzący przy stolikach powoli się podnoszą. Wstają i zaczynają spokojne klaskać w dłonie uśmiechając się z godnością i szacunkiem. Środkiem deptaku szła para ludzi w bardzo podeszłym wieku. Oboje bardzo elegancko ubrani. Pan wspierał się laseczką. Pani z wdziękiem niosła zamknietą parasolkę. Szli powoli, stosownie do wieku. A ludzie wstawali, nic nie mówili, tylko oklaskiwali i uśmiechali się do tej dostojnej pary. Nie wiem kim byli. Wstyd mi było zapytać sąsiada pijącego kawę. Ale uruchamiałem wyobraźnię. A może to były wybitny sportowiec. A może to znana para aktorska. Nie wiem i nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Ciekawość zdominowana została niespotykaną dotąd ludzką życzliwością i wręcz owacyjną sympatią. To było po prostu piękne. A oni szli dumni, ale nie speszeni, jakby przywykli do publicznych gestów szacunku i sympatii.
Drugi przypadek to ubiegłotygodniowy epizod z Paryża. Siedzimy z żoną w kawiarni obok Luwru pijąc kawę, której we Francji nikt nie nazwałby americano, bo mają swoją nazwę. Jest sobotnie popołudnie. W kawiarni niemal wszystkie miejsca zajęte. W środku olbrzymi gwar. Tam ludzie po prostu ze sobą rozmawiają, a nie umawiają się ze sobą aby posiedzieć naprzeciw siebie wpatrzeni w swoje smartfony. Nagle w otwartych drzwiach pojawia się para starszych państwa. Ona z fryzurą a’la Josephine Baker, szczupła, uśmiechnięta. On wysoki, siwy jak przysłowiowy gołąbek, elegancko ale swobodnie ubrany z charakterystycznie po parysku zawiązanym cienkim szalikiem pod szyją. Kiedy pojawili się w drzwiach, podbiegł do nich chyba szef kelnerów, a dwaj inni postawili dla nich maleńki, jak wszystkie, stolik, dwa krzesła ustawione obok siebie, tak aby dostojni goście mogli obserwować salę. Siedzieli i stale się uśmiechali. Mimo, iż niczego nie zamawiali, na stoliku pojawiły się małe ciasteczka, oliwki i jakieś drinki. Za chwilę podszedł chyba szef lokalu i podając im rękę zapytał prawdopodobnie o jakieś specjalne życzenia. Goście z uśmiechem odmówili, coś do siebie szeptali stale się uśmiechając, a większość wychodzących z kawiarni gości z powagą i spokojem skłaniała głowę. My turyści nie. Ale tubylcy tak. Widać, że wizyta tej dostojnej pary była dla nich chyba codziennym ceremoniałem. Zaś dla właściciela i obsługi codzienną przyjemnością i okazją do wyrażenia szacunku i wdzięczności za wizytę. Oczywiście nie wiem kim byli. Z zachowania wynika, że byli przyzwyczajeni do publicznej sympatii i życzliwości. Pani wyglądała na aktorkę. Pan epatował dostojeństwem, a my, pijący kawę w ich obecności, zastanawialiśmy się jak trzeba żyć, aby być tak traktowanym, albo dalej, wsród jakich ludzi trzeba żyć, aby doczekać się takiego przyjaznego traktowania.
Takie doświadczenia przywracają wiarę w człowieczeństwo. Oraz dają nadzieję na istnienie wartości niewymiernych i ponadczasowych. I kiedy wieczorem, po wylądowaniu w Krakowie, dojechałem do domu, załączyłem telewizor, a tam znowu, immunitety, trybunały, sondaże, notowania. Bez załączenia fonii wiedziałem, że wróciłem do rzeczywistości, w której nie ma miejsca na szacunek dla wartości, mimo, że to akurat nic nie kosztuje. Ale jest o czym pomilczeć.