Rok się zaczął jak zwykle

MOIM ZDANIEM
ale jak się zakończy?
 
Od początku roku mamy za sobą trzy najważniejsze wydarzenia, czyli konferencję w Davos, konferencję bezpieczeństwa w Monachium i tłusty czwartek. Zdecydowanie najbardziej udane jest to ostatnie. Gdyby nie protest dietetyków, można by postulować, aby tłusty czwartek był co miesiąc, z czego najbardziej zadowolony byłby producent ozempicu.
Żeby zamknąć ten słodki temat tłustego czwartku, chcę wygłosić mój subiektywny pogląd, że im bardziej cukiernicy wydziwiają z recepturą pączka, tym bardziej jest on daleki od wzorowego krepla z marmoladą lub wiśnią posypanego cukrem pudrem, czyli pierwowzoru mojej Babci Pauliny z Rasika (nieistniejącej już kolonii familoków za Kaufhausem w Nowym Bytomiu, na przeciw wielkiego pieca Huty Pokój).
W Davos, górskim kurorcie Szwajcarii, jak co roku, odbył się “teatr zatroskania” możnych i ważnych tego świata o losy ludzkości, po czym zgodnie wrócili do swoich wojen i kryzysów w poczuciu spełnionej misji wobec ludzkości. Nigdy nie byłem na Konferencji w Davos, ale jako wielokrotny bywalec, a kiedyś nawet prelegent Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach, mam wrażenie, że charakter, przebieg i skuteczność debat jest w obu przypadkach taka sama. Czyli parafrazując starożytnego klasyka, przyjechali, powiedzieli, pojechali! A problemy pozostały. O ile w Davos niekwestionowanym liderem był Prezydent Donald Trump, to podczas obu konferencji dominatorem był Prezydent Ukrainy ze swoją doktryną uwikłania Europy w otwarty konflikt zbrojny z Rosją. Nie jestem kompetentny dla oceny wszystkich akcentów konfliktów w Ukrainie. Mam jednak prawo, jako laik historyczno-militarny, do czterech podstawowych konstatacji jako telewizyjny na szczęście, obserwator okrutnej wojny w Ukrainie. Pierwsza to taka, o której już pisałem na początku wojny w Ukrainie, że obu stronom, a może dokładniej wszystkim stronom tego konfliktu, udało się doprowadzić do niewyobrażalnego od końca II wojny światowej dramatu, kiedy to synowie i wnukowie żołnierzy i oficerów tej samej armii biorącej udział w, jak określano to w ZSRR, Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, strzelało do siebie. Druga konstatacja to obserwacja rzeczywistości i podziwu dla narodu ukraińskiego, który w miarę jak trwa wojna, odkrywa w sobie nowe talenty, które doprowadzają do rosnącego potencjału Ukraińskiej Armii, która jak powiedział to w Monachium Prezydent Zelenskyy, stała się po czterech latach wojny najliczniejszą armią Europy, o potencjale militarnym większym niż potencjały pozostałych państw Europy tworzonych przez 80 lat pokoju i spokoju. 
Trzecia konstatacja, to świadomość potencjału ziemi ukraińskiej, która w swojej głębi posiada zasoby surowców, a zwłaszcza pierwiastków mineralnych, bez których nie ma nowoczesnej technologii, a zwłaszcza elektroniki, zaś na powierzchni zasoby czarnoziemu, które w Ukrainie stanowią 94% terenów rolnych, a na przykład w Polsce tylko 4%. Oba te przykłady dowodzą, że zarówno dla rozwoju nowoczesnych technologii, jak i dla skali produkcji żywności Ukraina jest potencjałem wręcz niewyobrażalnym o olbrzymim bogactwie, co słusznie dostrzegł Prezydent Trump w swoim programie na 'czas po wojnie’ w Ukrainie. 
Tych konstatacji jest jeszcze wiele, ale dla mnie najbliższa jest ta, która dotyczy Donbasu. Byłem w kopalniach Donbasu wielokrotnie. Podziwiam ukraińskich tak jak i rosyjskich górników z których podręczników się uczyłem. Znam chociażby z dostępu do dokumentacji geologicznych skalę zasobów węgli energetycznych i koksowych w Donbasie. Spotkałem tam w przemysłowym Doniecku czy Nowokrematorsku inżynierów o niezwykłym poziomie kompetencji technicznych i naukowych. To wszystko razem powoduje, że mówiąc sarkastycznie, nie dziwie się, że o Donbas tak walczą obie strony. Jednak kiedy dziś słucham zapowiedzi spotkań stron ukraińskiej i rosyjskiej aby rozważyć pomysł amerykański stworzenia w Donbasie Specjalnej Strefy Ekonomicznej, nie ogarniam tego, że aby dojść do takiego scenariusza musiało zginąć kilkadziesiąt tysięcy ludzi w ciagu niemal czteroletniej wojny? Nie można było o tym porozmawiać przed wojną? Nawet jeżeli jakiś militarysta będzie przekonywał, że aby dojść do pokoju to trzeba najpierw przeżyć wojnę, to uznam to za poważną ułomność intelektualną. 
Świadomie pominąłem drugie z najważniejszych wydarzeń początku roku, czyli Konferencję Bezpieczeństwa w Monachium tylko dlatego, że miałem pięciokrotnie, jako jeden z trzeć przedstawicieli Polski, okazję uczestniczyć w “siostrzanej” konferencji gospodarczej w Monachium, która odbywa się zawsze w pierwszym półroczu, w tym samym miejscu, czyli Hotelu Bayerischer Hof w centrum Monachium. Atmosfera podniosłości jest taka sama, tłok ten sam, perfekcja organizatorów taka sama, kuchnia doskonała, powaga swobodniejsza, ale efekty na szczęście większe. Oprócz wielu debat w których uczestniczyłem w trakcie tych konferencji, mnie najbardziej utkwił w pamięci uroczysty obiad w Bayerischer Hof, kiedy przy okrągłym ośmioosobowym stole organizatorzy posadzili mnie obok prezesa Boeinga z lewej strony i dostojnej Pani z prawej strony, która żywiołowo dyskutowała ze mną o przemyśle, aż w końcu zapytała jakim samochodem jeżdzę. Odparłem z nadzieją na poprawność, że oczywiście niemieckim Audi, na co Pani odparła: “szkoda, bo znam lepsze!” Potem dopytałem Michaela Glosa, ministra gospodarki Niemiec, o moja sąsiadkę, a On odpowiedział - “to nie wiesz? To jest Johanna Quandt, akcjonariusz BMW!” Dyplomacja nie jest dla górnika - lepiej zostanę przy węglu i kreplach.